Uwaga, założyłam profil dla Afiwee na facebooku, więc od teraz również i tam można zaglądać, komentować zachowania postaci i pisać czy podoba się świat Afi :) http://www.facebook.com/Afiwee
R O Z D Z I A Ł 1
- Kim pan jest? - spytał zaskoczony młodzieniec, widząc zarys sylwetki mężczyzny stojącego w progu drzwi jego celi. Ten, najpierw powoli się rozejrzał jakby szukał pułapki zastawionej na jego osobę, a upewniwszy się, że nic takiego mu nie grozi, powoli wyszedł z cienia, dzięki czemu Nicholas mógł się przyjrzeć nieznajomemu. Mężczyzna był wysoki, przez co musiał ciągle delikatnie się pochylać, aby nie uderzyć głową w niski strop pomieszczenia. Ciemne oczy przyglądały się z zaintrygowaniem i jednocześnie zainteresowaniem. A przecież Nick nie był zwierzęciem futerkowym wystawionym na sprzedaż. Nieznajomy miał kilkudniowy zarost na twarzy i dużą szramę na policzku, zaczynającą się na łuku brwiowym, a kończącą gdzieś w okolicy żuchwy. Włosy były jeszcze ciemniejsze niż oczy, jeśli to oczywiście było możliwe. Spięte w kucyk z tyłu głowy, wygładzone tak, aby żaden kosmyk się z niego nie wydostał. Ubrany był w ciemne spodnie, których nogawki schowane zostały w cholewach masywnych, czarnych butów. Na ramionach miał narzucony ciemnoszary płaszcz sięgający do kolan, co jeszcze bardziej sprawiało wrażenie, iż z tym człowiekiem nie powinno się zadzierać. Wyglądał prawie jak jakiś płatny zabójca z filmów akcji, które czasem dane było chłopakowi obejrzeć.
- Nie jesteś tutaj bezpieczny. Ruszamy - w końcu odparł opanowanym, tubalnym głosem, w którym można było usłyszeć nutę szaleństwa.
- Ale przecież właśnie mnie skazali... - powiedział niepewnie Nicholas.
- Tak, za coś czego nie zrobiłeś - mruknął mężczyzna, dotykając przegubu dłoni, gdzie znajdowała się skórzana, ciemna opaska z czerwonym kamieniem. Chłopakowi owa biżuteria mignęła dosłownie przez chwilę, bowiem mężczyzna szybko ją ukrył w rękawie płaszcza. - Słyszałem wyrok. Fakt, jesteś piekielnie utalentowany, jednak nawet ty nie potrafiłbyś zabić Myśliciela, którego kamień jest dwukrotnie silniejszy od twojego. To jest po prostu niewykonalne.
- Można trochę jaśniej? Nic nie rozumiem - Nick próbował zrozumieć choć odrobinę z tego, co tajemniczy jegomość do niego mówił, jednak z mizernym skutkiem. Kamień, Myśliciel, siła... Od tego wszystkiego zaczęła go boleć głowa. Musiał rozmasować sobie skroń. Nadmiar informacji nigdy nie był jego mocną stroną. Nawet na lekcjach w szkole nie potrafił do końca się skupić, co później owocowało w postaci kiepskich ocen na końcowo rocznym świadectwie.
- Wyjaśnię ci jak już będziemy bezpieczni - odparł w końcu mężczyzna, ciągnąc Nicholasa za ramię. Mocno go ściskając, obaj wyszli na korytarz i ruszyli w przeciwnym kierunku niż go wcześniej prowadzili strażnicy. Wgłębiali się w tajemnicze podziemia więzienne, oświetlane co jakiś czas pochodnią, która automatycznie się zapalała, gdy się do niej zbliżali. Mijali powoli kolejne drewniane drzwi, zza których słyszalne były ciche pojękiwania osadzonych i ich stukania różnymi przedmiotami o podłogę, ścianę czy też drzwi.
Nick miał totalny mętlik w głowie. Jeszcze kilka minut temu słyszał wyrok piętnastu lat więzienia, a teraz ucieka z jakimś obcym mężczyzną, którego kompletnie nie zna. Przecież za to dostanie kolejną dekadę! Wręcz świetlana była przed nim przyszłość. Już widział siebie jak leży na pryczy zapomniany przez cały świat, pożywiając się jedynie chlebem i wodą.
Obawiając się gniewu ze strony rosłego nieznajomego, postanowił jednak posłusznie wykonywać polecenia, choć nie przywykł do takiej kolei rzeczy. Zawsze to on dyktował warunki i pomimo notorycznych zmian opiekunów oraz rodzin zastępczych wiedział, że w pewnym sensie właśnie on był przyczyną ich niechęci do jego osoby. Miał okropny charakter. Egoista, uparty, chodzący własnymi ścieżkami. Podobno też nie miał poczucia humoru i brakowało mu empatii jak to w jednym liście o nim napisali poprzedni opiekunowie. Jednak nie był złym człowiekiem. Miał wpojone pewne zasady, które sam sobie narzucił, będące w pewnym sensie jego barierą ochronną i wiedział kiedy należy powiedzieć: stop. Potrafił wczuć się w sytuację drugiej osoby, jednak nie umiał okazywać uczuć swoim ciałem. Na próżno szukano jakichkolwiek emocji na jego twarzy. Zawsze był opanowany i rówieśnicy bali się do niego podchodzić. W jego rysach twarzy i posturze widać było dumną postawę ludów dalekiej północy - jak to o Szwedach mówiła jego dawna nauczycielka historii.
Skręcili w kolejny korytarz. Nieznajomy na chwilę przystanął. Cisza jaka wokół nich panowała była wręcz przerażająca. Nick mógł przysiąc, że nie słyszał nawet jak nieznajomy oddychał!
- Gdy ci powiem, abyś biegł, zrób to bez względu na okoliczności. I nie odwracaj się – powiedział szeptem, dalej nasłuchując niewiadomego i patrząc gdzieś zamglonym wzrokiem przed siebie. A przynajmniej tak się Nick'owi wydawało. Nie minęła nawet minuta, gdy i on usłyszał coś za sobą. Jakby szum wodospadu. Mężczyzna puścił chłopaka. Mruknął ledwo słyszalne "biegnij" i Nick ruszył przed siebie. Nie wiedział, co się takiego wydarzyło. Na pewno odkryli, że uciekł z celi więziennej. Pewnie też sądzili, że był sam. A może wręcz przeciwnie...
"Biegnij i się nie odwracaj. Nie odwracaj się!" myślał, przebierając nogami po skalistej podłodze w kierunku małego światełka, którego zarys przed chwilą dostrzegł przed sobą. Musiałby się nie nazywać Nicholas Casimir McMahon, aby nie spojrzeć za siebie. Gdy był już niedaleko jasnej wyrwy w skale, przystanął dosłownie na chwilę, a przynajmniej tak się mu wydawało. Odwrócił się i zobaczył jak postawny nieznajomy walczy zaciekle z ogromną ilością wody, którą był wypełniony cały tunel. Z ręki mężczyzny wypływała jakaś czerwonozłota nić, która blokowała ogromną ilość wody ciągle napierającą w ich kierunku. Widział, jak mężczyzna powoli cofał się do tyłu, słabnąc z każdym kolejnym krokiem.
- Niemożliwe - szepnął w końcu, mrugając nerwowo.
Widząc, że nieznajomy mężczyzna co raz szybciej się cofa i Nicholas odwrócił się. Biegł, ile tylko miał sił w kierunku jasnego punktu, który z każdym kolejnym krokiem nabierał co raz większych kształtów. Nie widząc jak wysoki jest korytarz, kilkukrotnie zahaczył głową o jakieś wystające kamienie. W pewnej chwili poczuł jak coś zaczyna się sączyć z jego głowy. Wiedział, że te skały są ostre, więc musiał którąś z nich przez przypadek rozciąć sobie skórę. Jednak starał się nie myśleć o bólu jaki zaczynał obezwładniać jego ciało. Musiał się stąd za wszelką cenę wydostać. W końcu był już niedaleko.
Poczuł, że na jego twarzy pojawiają się pierwsze krople potu. Nie był zmęczony. Wręcz przeciwnie. Szybko otarł czoło rękawem pasiastej koszuli, w jaką był ubrany. Jednak nie minęła chwila a znów się pojawiły. Przystanął na chwilę i już wiedział, co się dzieje. W całym tunelu było gorąco. Dotknął jeszcze raz czoła, tym razem dłonią. Spojrzał na czerwone od krwi i mokre od potu palce, które kilka sekund później były już suche i zabarwione szkarłatnym kolorem.
- To niemożliwe - szepnął do siebie.
Wtem poczuł na swoim ramieniu dłoń mężczyzny.
- Tutaj już nam nic nie zrobią - powiedział do Nicholasa tonem, jakby sobie gawędzili od miesięcy.
Nick się odwrócił i zobaczył jak poruszający, niebieskawy żywioł, zatrzymał się kilka centymetrów od jego pleców. Chłopak nie mógł w to uwierzyć. To było jak nie z tego świata. Ogromna fala wody, próbująca go dostać w swoje szpony i jednocześnie nie mogąca tego uczynić. Krople wody, które jednak dostawały się na jego twarz, jeszcze szybciej wyparowywały w powietrze.
- Gotowy? - spytał nieznajomy, pchając delikatnie chłopaka po plecach.
- Ale na co?
Gdy przeszli przez wyrwę w skale, oczom Nicka ukazał się ogromny krater buchającej lawy, której rozżarzone pęcherze powietrza co chwilę pękały rozbryzgując się na wszystkie strony. Ukrop jaki panował w tym miejscu był nie do opisania. Ubranie lepiło się do skóry, buty zaczynają się stapiać pod wpływem niesamowitej temperatury.
- Pamiętaj, aby powiedzieć "ignis" - krzyknął do niego mężczyzna, bowiem hałas panujący w ogromnym kraterze sprawiał, że chłopak nie słyszał nawet własnych myśli. - Powtórz!
- Ig-nis - Nick był tak przerażony obrazem, jaki widziały jego oczy, że nagle dostał szczękościsku, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa.
- Bardzo dobrze, a teraz skacz - mężczyzna uśmiechnął się ironicznie.
- Co?! - krzyknął zdziwiony, cofając się kilka kroków do tyłu.
Zadowolony mężczyzna stanął za Nicholasem i popchnął chłopaka z całej siły, przez co ten wpadł do krateru. Nick czuł, że nie panuje nad własnym ciałem. Z każdym kolejnym metrem było co raz bardziej goręcej. Miał wrażenie, że całe jego ciało płonie. Gdzieś przez mgłę usłyszał, jak nieznajomy coś do niego krzyczy, jednak nie był w stanie wyłapać jego słów wśród hałasu spadających skał do gorącej mazi. Wszelkie obrazy, które widział przed sobą zlewały mu się w jedną całość.
Nagle jeden z pęcherzy powietrza wybuchł niedaleko niego. Poczuł przenikliwy ukrop na policzku.
- Ignis, ignis, ignis, ignis - powtarzał w kółko, sądząc że jeden raz to za mało i że za moment przyjdzie mu się spalić w buchającej ogniem, lawie. Ścisnął z całej siły powieki, aż zrobiło mu się czarno przed oczami...
***
Mały, drewniany dom stał samotnie na środku polany, zewsząd otoczony gęstym lasem. Był to zwyczajny dom z ceglanym kominem oraz lekko ugiętym na środku dachem, który sprawiał wrażenie, że za chwilę się zawali. Na drewnianej werandzie kobieta dobiegająca czterdziestki siedziała w rattanowym fotelu i popijała gorącą herbatę, którą przed chwilą przyniósł jej mąż w białej, chińskiej porcelanie z kwiecistym wzorkiem wokół. Opatulona szczelnie wełnianym, szarym szalem, dokładnie sprawdziła czy jej ciemny sweter ma zapięte wszystkie guziki. Po chwili dołączył do niej wysoki mężczyzna. Zajął miejsce obok, dzięki czemu mogli cieszyć się swoją bliskością, która ich otaczała.
- Boję się - przerwała ciszę kobieta, odstawiając filiżankę z parującą, brunatną cieczą na mały, drewniany stolik.
- Coś się stało? - spytał zatroskany mężczyzna.
- Nie masz czasem tego dość? - ciemnowłosa kobieta ścisnęła mocno pięści, które aż zsiniały z bólu. - Dlaczego nie możemy wszystkim powiedzieć?
Mężczyzna widząc szklące się łzy w oczach swojej żony starał się jak najszybciej opanować sytuację:
- To dla dobra wszystkich.
- W tym momencie myślę, że zachowujemy się jak egoiści - odparła, powstrzymując się od wybuchu płaczu. Nawet teraz pamiętała, ile to nocy przepłakała będąc zmuszona oddać synów. Nienawidziła się za to i co roku karała siebie, że nie była silniejsza. Że nie powstrzymała następujących po sobie wydarzeń...
- Kochanie...
- Nie próbuj mnie udobruchać słodkimi słówkami - wstała i podeszła do drewnianej balustrady, nie wytrzymując i cicho pochlipując.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - w końcu wybuchnął mężczyzna, nie mogąc znieść wylewanych łez żony. - Cześć synu, jesteśmy twoimi rodzicami?
- Nie dokładnie w ten sposób... - odparła po chwili łamiącym głosem.
Mężczyzna wstał z fotela i objął żonę, próbując w jakiś sposób złagodzić jej ból. Jednak sam walczył z sobą. Tamtego dnia wszystko potoczyło się nie tak, jak to sobie zaplanował. Miało dojść do porozumienia między Brygami a Droudami, jednak konflikt się jeszcze bardziej nasilił. To wszystko było jego winą. Wpadł w pułapkę i nie było odwrotu...
- Poczekamy i zobaczymy jak się wszystko ułoży - odpowiedział, głaszcząc żonę po plecach.
- A jeśli się nie ułoży. Jeśli i on... - ledwo słyszał wypowiadane słowa żony, które przerywane były płaczem.
- Nawet tak nie myśl - zganił kobietę.
- Ja chyba nie dam rady, widząc go codziennie na korytarzach... Nasz syn...
***
- Ej, wstawaj! Obudź się! - Nick usłyszał nad sobą czyjś głos, a potem piekący ból na policzku. Otworzył niepewnie jedno oko. Stał nad nim ten sam mężczyzna, który wyratował go z więzienia.
- Czy ja nie żyję? - spytał, wstając powoli z trawnika, aby nie upaść. Głowa go bolała jak jeszcze nigdy wcześniej, coś łupało go pod czaszką...
- Chciałbyś - mruknął nieznajomy, ironizując.
- To ty! Odbiło panu?! - zaczął wrzeszczeć na mężczyznę, który znacznie przewyższał go wzrostem. - Teraz dostanę dodatkowy wyrok za ucieczkę z więzienia! A poza tym powinienem pana pozwać do sądu! Prawie zginąłem! Nie wrzuca się ludzi ot tak, do krateru z gorącą lawą!
- Jak chcesz mogę cię tam zaprowadzić z powrotem, ale Daniel wściekłby się na mnie - wzruszył ramionami i zaczął powoli iść w kierunku budynku, który nikł w ciemnościach nocy.
- Kim pan jest? - spytał po chwili, zdając sobie sprawę, że znowu czuje się zagubiony. Który to już raz z kolei? Ta bezradność zaczynała go dobijać. Czuł, jakby ktoś pociągał za sznurki w teatrzyku z kukiełkami, a on jest jedną z wielu szmacianych marionetek.
- Nazywam się Arden Willthrow i jestem nauczycielem - odpowiedział, nie zwracając uwagi na chłopaka.
- Dość dziwny strój jak na nauczyciela - spojrzał na Ardena i jego nietypowy ubiór.
Mężczyzna raptownie przystanął i spojrzał z góry na chłopaka.
- Dam ci pewną radę, która przyda się na przyszłość. Niczego nie neguj, a wszystko zrozumiesz.
- Gdzie jesteśmy? - spytał w końcu Nicholas, rozglądając się wokoło. Stali przed ogromną drewnianą bramą oraz kamiennymi murami obronnymi ciągnącymi się na co najmniej siedem metrów ku ciemnemu niebu, na którym mrugały do niego nieśmiało gwiazdy.
- Niedaleko szkoły Afiwee na wyspie Afi, ale ja ci niczego nie będę tłumaczyć. To robota Díasa. Chodź, idziemy do niego - uderzył pięścią trzykrotnie w drewniane wrota aż zadudniło gdzieś po drugiej stronie.
Minąwszy bramę oraz mury obronne udali się brukową ścieżką w kierunku jasnym punktom, które mieniły się w ciemnościach żółtawym światłem. Ciszę przerywało co chwilę pohukiwanie sów oraz hałasy wydawane przez jakieś zwierzęta. Nocą wszystko stawało się znacznie bardziej przerażające.
Gdy udało się im przedostać przez las, znaleźli się przed budynkiem wzniesionym z czerwonej cegły, a przynajmniej tak się Nicholasowi wydawało, bowiem ledwo tlący się płomień dawał nikłą poświatę. Budynek był potężny, z równie wielkim wejściem jak poprzednie wrota, jednak te były zamknięte. Willthrow ponownie uderzył pięścią trzykrotnie.
- Wchodź - mężczyzna zachęcająco popchnął Nicka do środka, gdy starzec pilnujący wrót wpuścił ich do środka.
Przeszedłszy przez przedsionek znaleźli się na ogromnym dziedzińcu, gdzie na środku znajdowało się potężne drzewo oraz trawnik z ustawionymi na nim marmurowymi ławkami. Całość była pięknie oświetlona różnokolorowymi, papierowymi lampionami, które zostały przymocowane od każdego arkadowego filaru, aż do jednego z dwudziestu słupów, stojących niedaleko drzewa.
- Tędy - Willthrow nakazał Nicholasowi skierować się na krużganek, znajdujący się po jego prawej stronie. Przeszli na sam koniec korytarza i znaleźli się przed ciemnymi, drewnianymi drzwiami. - Zaczekaj tutaj, aż cię zawołam.
Mężczyzna wszedł do środka, pozostawiając chłopaka na zewnątrz. Nick przysiadł na kamiennym murze, rozglądając się wokoło. Oprócz, tego z czego budynek był wykonany i palących się pochodni oraz lampionów na dziedzińcu, nie potrafił nic więcej o tym miejscu powiedzieć. Całość robiła dość ponure wrażenie. Jakby znalazł się co najmniej kilka wieków wstecz. A może tak właśnie było? Jak do tej pory nie zauważył nawet najmniejszych oznak elektryczności...
Nick nie mógł uwierzyć w to, co się właściwie z nim stało. Przecież z tego co pamiętał, jego prawny opiekun chciał go porządnie stłuc kijem bejsbolowym. Zapewne wylądowałby po tym zdarzeniu w szpitalu. Zresztą, nie pierwszy raz. A jednak jakimś dziwnym trafem znalazł się w tym dziwnym świecie...
W pewnym momencie do jego uszu dotarły dźwięki rozmowy.
- Mam dla ciebie żywy towar - powiedział Arden Willthrow, który zapewne odsuwał krzesło, ponieważ Nick usłyszał charakterystyczne skrzypnięcie drewna po podłodze.
- Co? No nareszcie... Ile można czekać? - usłyszał innego mężczyznę.
- Jest już Mikael? - spytał Arden z lekką nutką zniecierpliwienia. - Muszę z nim na ten temat pogadać. To on powinien się nim zająć.
Nick zeskoczył z kamiennego muru i podszedł do drzwi, które były nie przymknięte. Zajrzał przez wąską szparę, jaką zostawił Willthrow nie domykając za sobą drzwi. Ujrzał Ardena siedzącego w wygodnym fotelu w gabinecie jakiegoś nieznajomego. Pomieszczenie było jasne i dość przestronne. Całkowicie kontrastowało z kamiennymi murami. We wnętrzu ściany były białe, idealnie wygładzone. Na przeciwko Nicka, znajdowały się regały z książkami oraz okna, natomiast na środku ustawione zostało biurko z trzema krzesłami, z czego dwa w tym momencie były zajęte.
Mężczyzna, siedzący na przeciwko Ardena miał śniadą skórę, ciemne włosy krótko przystrzyżone i brodę. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat. Ubrany był w zwykłą koszulę w niebieską kratę, ciemne jeansy oraz czarne pantofle prosto z włoskich wybiegów mody.
- Przecież znasz okoliczności... - odparł nieznajomy mężczyzna, odkładając plik papierów do szuflady znajdującej się w biurku.
- Tak, ale to nie ja jestem jego o...
- Przymknij się - warknął drugi z mężczyzn, widząc za drzwiami postać, która przypatrywała się z zainteresowaniem ich rozmowie. - Witaj Nicholas - powiedział łagodniej, zachęcając go gestem dłoni, aby wszedł do środka.
- To ja nie będę wam przeszkadzać - Arden zerwał się ze swojego miejsca z delikatnym triumfalnym uśmiechem wypisanym na twarzy i ruszył w kierunku drzwi. Mijając Nicka dodał: - Ale uprzedzam, on nie jest taki sam jak Tove.
Willthrow wyszedł z gabinetu, a w środku zapanowała kompletna cisza. Nieznajomy mężczyzna siedział ze splecionymi palcami dłoni i wpatrywał się spokojnym wzrokiem w Nicholasa. Chłopak mógł przysiąc, że zauważył w tym zachowaniu nutkę sympatii. Nie do końca jednak mógł zrozumieć zachowanie tego mężczyzny. Po co ktoś obcy miałby być dla niego miły?
- Wyjaśni mi pan o co tu chodzi? - w końcu spytał lekko poirytowany, ponieważ ten człowiek powoli zaczynał go denerwować swoim miłym stylem bycia.
- Może usiądziesz? - zaproponował mu mężczyzna.
Nick spojrzał na krzesło, które na pewno było wygodne, jednak nie chciał się tak łatwo poddać.
- Dziękuję, postoję - odparł w końcu.
- Żebyśmy mieli jasność - mężczyzna spojrzał na dokument. - Nazywasz się Nicholas Casimir McMahon?
- Tak mam napisane w akcie urodzenia.
- Dobrze, a zatem... - mężczyzna wstał i podał mu rękę. - Nazywam się Daniel Días i jestem nauczycielem w tej szkole.
- Tamten nauczyciel, pan nauczyciel... A czego wy właściwie uczycie? - spytał, lekko kpiąc.
- Uczymy jak okiełznać żywioł - powiedział i widząc, że Nick mu kompletnie nie ufa, usiadł z powrotem na swoim miejscu.
- Że co takiego?
- Usiądź, to chwilę potrwa... - zachęcił go ponownie gestem, aby usiadł w fotelu. Po głębszym zastanowieniu Nicholas w końcu się zdecydował, ponieważ nie było sensu się sprzeciwiać, a czuł, że na kilku uprzejmych zdaniach ich rozmowa się nie skończy. - Wyjaśnię ci wszystko od początku - powiedział, wyjmując jakąś starą książkę spod sterty papierów. - W pierwszym tysiącleciu przed naszą erą na świecie pojawił się nie wiadomo skąd Wielki Arcymistrz. Miał czterech synów Ignisa, Vanna, Gulva i Azura, z których każdy był odpowiedzialny za dany żywioł - ogień, ziemia, woda i powietrze. Gdy już dorośli, nakazał im zejść w świat i nauczać ludzi jak panować nad tymi żywiołami, ponieważ sądził iż synowie na ten krok już dorośli. Początkowo żaden śmiertelnik nie chciał słuchać o możliwościach jakie dają żywioły, jak się przed nimi bronić i jak okiełznać. Doszli zatem do wniosku, że nie będą się nikomu narzucać i wtopili się w społeczeństwo zwykłego pospólstwa. Zaczęli żyć z nimi. Znaleźli sobie kobiety i płodzili dzieci, które, jak się zapewne domyślasz, później nauczali - Daniel na chwilę spojrzał na cztery obrazy, wiszące nad drzwiami wejściowymi do jego gabinetu, które przestawiały mężczyzn, a wokół nich rozchodziła się aura danego żywiołu. – Kiedy ich dzieci zaczęły rosnąć zaczął się chaos. Wulkany masowo wybuchały, tajfuny na wodach i lądach szalały z wściekłości, trzęsienia ziemi były na porządku dziennym. Do Wielkiego Arcymistrza docierały co raz to nowsze wiadomości ze świata natury, że któreś z jego wnucząt bawi się w dość nieodpowiedzialny sposób swoim żywiołem. Był z tego powodu bardzo niezadowolony, dlatego też powiększył wyspę, na której przez lata mieszkał - Afi oraz stworzył tę oto szkołę, gdzie wszyscy, młodzi adepci się tutaj teraz uczą. Na początku pierwszego tysiąclecia naszej ery szkoła została rozbudowana, ponieważ próbowano odnaleźć wszystkie wnuki Arcymistrza i konsekwentnie je sprowadzano na wyspę, aby nie siały spustoszenia wśród ludu...
- Fajna historyjka, ale co to ma związek ze mną? - spytał w końcu lekko zniecierpliwiony Nicholas.
- Z tobą jest trochę inna historia. Jesteś wyjątkowy - dodał po chwili.
- Jestem debilem, bo nic z tego nie rozumiem?
- Nie o to mi chodzi - uśmiechnął się posępnie Días. - Pokaż mi swój tatuaż.
- Skąd pan wie, że coś takiego mam? - spytał zdziwiony chłopak.
- Każdy ma - wyjaśnił oględnie. - Pojawia się zaraz po urodzeniu. To jest tak jakby znak od Arcymistrza, że jesteś prawdziwym magiem - spojrzał na nadgarstek Nicholasa. - Spójrz, widzisz tę niebieską obwódkę wokół płomienia? Wszystkich to zaniepokoiło, ponieważ okazało się, że władasz dwoma żywiołami na raz.
- Że co takiego? - spytał, spoglądając to na swój tatuaż to na mężczyznę, próbując się upewnić, że ten człowiek nie zwariował.
- Wiem, może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale wytęż swoją pamięć. Nigdy nie było jakiejś dziwnej sytuacji? - spytał, wpatrując się spokojnie w chłopaka, aż w Nicku pojawiła się chęć skłamania. Chciał mu wykrzyczeć w twarz, że nie, nigdy nic się nie działo... Ale to nie była prawda.
- Kiedyś spaliłem koledze w przedszkolu rysunek, gdy tylko dotknąłem kawałek papieru - zaczął po chwili i natychmiast dodał tłumacząc się: - Byłem na niego zły, że zabrał mi kredki.
- Sam widzisz, ale nigdy nie użyłeś wody? - dopytywał się o drugi żywioł.
- Pamiętam, że na zajęciach na basenie, uderzyłem pięścią w taflę wody, bo kolega mnie ochlapał. Przez przypadek wywołałem taką falę, że kilka osób wylądowało poza płytą.
- Sam widzisz... - odparł zwycięsko mężczyzna, czytając akta Nicholasa.
- Ale to nic nie znaczy, każdemu mogło się zdarzyć - mruknął po chwili, chociaż sam w to do końca nie wierzył.
- To znaczy więcej niż możesz sobie wyobrazić. Twoi prawdziwi rodzice próbowali ciebie chronić, jednak Brygo stwierdzili jednoznacznie...
- Brygo? - przerwał mężczyźnie w pół zdania.
- No tak... Będzie ciężej niż mogłem przypuszczać. Arden mówił, że nic nie wiesz - Días podrapał się po głowie, chwilę się zastanawiając.
- Brygo to, w naszym, świecie tajna organizacja, która zajmuje się naprawianiem szkód, jakie wyrządzili magowie poprzez niewłaściwe użycie kamieni mocy. Są to czarodzieje, którzy przebywają również na Ziemi.
- To są jeszcze jakieś kamienie? - spytał zdziwiony Nick.
- Każdy ma swój kamień, zwany Sarro, który dostaje się wraz z narodzinami. Można go mieć tak jak ja w opasce - pokazał Nicholasowi skórzaną opaskę na nadgarstku, w której na środku znajdował się kamień otoczony złotymi zawijasami. - Niektórzy preferują naszyjniki, inni pierścienie. W zasadzie nie ma reguły. Każdy Sarro rośnie wraz z tobą. Gdy mag kończy dwadzieścia lat, kamień jest w pełni mocy. Swoją moc powoli traci po pięćdziesiątym roku życia.
- Dlaczego ja nie mam kamienia? - zapytał po chwili, nadal wpatrując się w kamień Díasa, który mienił się różnymi odcieniami brązu.
- Bo nigdy nie wiedzieliśmy, który ci przyznać kamień. Nawet twoi rodzice tego nie wiedzieli. Twój brat jest Vannem czyli wodą. Twoja siostra natomiast Ignis, czyli ogień.
- Mam rodzeństwo? Moi rodzice żyją? - dopytywał się, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał.
- Na oba pytania odpowiedź brzmi twierdząco, ale właśnie przechodzimy do najważniejszego punktu naszej rozmowy. Twój brat bliźniak - Tove, zaginął i nie wiadomo co się z nim stało.
- A co mi do tego? - spytał dość oschle.
- Chodzi o to, że podejrzewamy, iż to sprawka kogoś ze szkoły. Chcemy, abyś go zastąpił i przy okazji pomógł nam wytropić porywacza... Prawdopodobnie Tove coś odkrył i ta osoba nie chce, aby wyszły na jaw jego przekręty.
- Tak, żeby się upewnić - zaczął Nick. Wolał być pewny, że nie ma co się łudzić. - Gdyby nie to... porwanie, nigdy bym tutaj nie trafił?
- W zasadzie... - odparł lekko zmieszany mężczyzna, delikatnie oblewając się rumieńcem. Nick nie miał tego za złe Díasowi.
- A co z więzieniem? - spytał chłopak, zwężając swoje oczy w wąskie szparki.
- Nie martw się. Po pierwsze to nie ty powinieneś do niego trafić, tylko twój brat, a po drugie on tego też nie zrobił - odpowiedział nie zagłębiając się w szczegóły.
- Ale gdy czytali wyrok, było napisane Nicholas Casimir McMahon.
- Musieliśmy szybko działać, aby Brygo się nie dowiedzieli - odparł po chwili Días, zapalając papierosa.
- Ale jakimś cudem się dowiedzieli...
Mężczyzna zaciągnął się mocno tytoniem i wypuścił dym z płuc w powietrze tworząc kształtne dwa koty, które zaczęły się ze sobą bawić, aż w końcu zniknęły:
- Dopóki jesteś na naszym terenie nic ci nie mają prawa zrobić.
- Na waszym terenie?
- Ech, no tak - wstał z miejsca i podszedł do mapy, wiszącej za nim w szklanej gablocie. Z papierosem w ustach wskazał dłonią na dość rozległy teren. - Właśnie się znajdujesz w obszarze Droud'ów, czyli drugiej organizacji, która zajmuje się z kolei walką z magami, którzy mają zapędy przywódcze oraz bawią się w świecie ludzi w Bogów. Tworzą organizacje, nawołują do wiary w nich samych. Po prostu próbują wykorzystać słabe umysły ludzi. Zakładają coś w stylu sekt.
- Czy wy szkolicie tutaj takich ludzi? - spytał z lekkim podnieceniem, bo w końcu jakaś część z ich rozmowy zaczęła go interesować. - Mam na myśli tych Droud'ów - dodał po chwili.
- Nie - szybko zaprzeczył. - Szkoła oraz tereny należące do niej nie są niczyją własnością - to taka jakby enklawa. Państwo w państwie. My uczymy jak panować nad żywiołem, jak sobie poradzić w późniejszym życiu, a to czy zechcesz zostać Droudem czy Brygo, to już wyłącznie twoja wola.
- Jak miło, czyli Droud wyłapuje złych magów, a Brygo naprawia po nich wyrządzone szkody, tak? - Nick spytał, aby się upewnić.
- Szybko się uczysz - uśmiechnął się, zamykając aktówkę.
- To od kiedy zaczynam?
- Nie tak szybko. Na razie musisz przeczytać tę książkę - mężczyzna wskazał dłonią na opasłe tomisko, które na oko ważyło z jakieś dziesięć kilogramów. - Od dziś jesteś Tove Magnusson i...
- Witaj Eleno - powiedział Arden, wchodząc do małego, jednopiętrowego domku, stojącego najbliżej plaży i jednocześnie najdalej oddalonego od szkoły.
- Witam profesora Willthrowa - odparła szesnastoletnia dziewczyna, umorusana od stóp do głów jakąś brunatną mazią, spod której widoczna była jej oliwkowa cera, lekko falowane, ciemne włosy, sięgające do ramion. - Czy coś się stało?
- Co robicie? – mężczyzna rozsiadł się w jasnobrązowym fotelu.
- Semir ćwiczy na oceanie nowe uniki na desce, Vivi lata gdzieś na Mosquicie, a ja tworzę nową miksturę na szybsze opanowanie języka Hoog - odparła, próbując wytłumaczyć bałagan panujący w kuchni, która sąsiadowała z salonem. Niezrażony tym przemówieniem, Willthrow sprawiał wrażenie, jakby niczego nie zauważył.
- Czyli pegaz panny Williams całkowicie wyleczony?
- On nie był chory - usiadła na sofie przy kominku. - Okazało się, że Mosquit to jest tak naprawdę ona i kilka dni temu urodziła małego Hidalgo.
- A co on ma wspólnego ze szlachtą? - spytał lekko zaskoczony mężczyzna.
- Nic, sama wymyśliłam mu to imię - Elena nie mogła się opanować, widząc małego pegaza, który niepewnie stojąc na chudziutkich nóżkach, starał się unosić dumnie głowę, dlatego nazwała go Hidalgo, co z hiszpańskiego znaczyło właśnie szlachcic. Dziewczyna lekko się uśmiechnęła na wspomnienie tamtego momentu i spojrzała wesołymi, ciemnymi oczami na nauczyciela. - Więc co pana tutaj sprowadza? Bo chyba nie sprawdzenie, czy odrobiliśmy pracę domową?
- Nie, przecież rok szkolny zaczynamy dopiero za tydzień... - uśmiechnął się złośliwie i dodał: - Tove do was wraca.
- Jak to? Niemożliwe... Mówiono nam, że przed rozpoczęciem roku go nie znajdą.
- Bo to jest niemożliwe - przyznał rację dziewczynie. - Za kilka minut powinien się zjawić profesor Días z Nicholasem.
- A kto to taki? – spytała zaskoczona dziewczyna, pozbywając się z rąk brunatnej mazi.
- Brat bliźniak Tove, który go zastąpi na czas, kiedy my będziemy szukać prawdziwego Magnussona - wyjaśnił.
- Tove nigdy nic nie wspominał, że ma brata bliźniaka.
- Nicholas to taka czarna owca w rodzinie, ale jest niebezpieczny, więc musicie na niego uważać.
- Pod jakim względem niebezpieczny? Zabije nas? - dopytywała się, lekko ironizując.
- Tego chyba nie zrobi - zamyślił się na chwilę Willthrow, dodając: - On nie jest świadomy swoich możliwości, choć ma już skończone siedemnaście lat.
- Czyli, że co z nim jest nie tak? - drążyła temat Elena.
- Włada dwoma żywiołami.
- Co? To przecież niemożliwe...
Wpisu należy dokonywać: tutaj.
Kontakt:
gg: 26610220
email: corlisshdove[at]gmail.com
Dodaj do Ulubionych | 3647